Osoba
Abstract
Dyptyk literacko-filozoficzny.
Full text
Michał Pierzchalski Dyptyk „Osoba” Słowo – Jak znajdę swój dom? – spytał się kapitan. To pytanie już od pewnego czasu zaprząta jego umysł. Dla niego dom konstytuują relacje międzyosobowe oparte na miłości, która z kolei, jak sądzi, polega na umożliwianiu Słowu zaistnieć. Jej świadectwa wywołują u niego doznania piękna w wyniku zestrojenia duszy ze Słowem. Poszukując zatem tych osobliwych doświadczeń, kapitan wierzy, że znajdzie swój dom, gdy opatrzność będzie mu sprzyjać. Podróżując po nadwiślańskim mieście w poszukiwaniu piękna, kapitan odkrył istnienie czasopisma literackiego, które jest wydawane na jego podwórku. Ucieszył się tym, że to właśnie w jego okolicy utwory literackie są papierowo ucieleśniane i rozsyłane w świat. Droga do tego odkrycia rozpoczęła się w śnieżny poranek: biała trawa, białe drzewa, białe ulice, wszystko na biało – gotowe, by kapitan wydeptał na śniegu swój wiersz. Zadrżało jego duchowe wnętrze na widok tego poetyckiego scenariusza. – Czy sprzyja mi los? – zadał to sobie pytanie i zaraz gdzieś głęboko w nim zatliło się wszechogarniające: – Tak! Wyszedł na spotkanie z opatrznością, która przywoływała go w stronę Bydgoskiego Przedmieścia, do niewielkiej piekarni, gdzie Moniuszko i Słowacki są stałymi bywalcami. Jego każdy krok zapisywany w pościeli budzącego się miasta urozmaicał nuceniem pod nosem melodii sprowokowanych przez los. To on przy pierwszej okazji postawił kapitana przed wyborem dróg – bez chwili zastanowienia zdecydował się na jedną, która nie była najkrótszą, ale do tego doszedł chwilę później. I właśnie w reakcji na ten wybór zaczął nucić: – Dla-cze-go tam-tę-dy nie po-sze-dłem? Przyjemność mu to sprawiało, a dodatkowo zmieniał co jakiś czas melodię. Ciekawiło go to, jak jej zmiana wpływa na poczucie piękna. W takich właśnie okolicznościach pisał tego dnia swój wiersz. Gdy dotarł do piekarni, nie oczekiwał więcej od opatrzności, ale cały czas wyczuwał jej przyjazną obecność. – Czy mój wiersz będzie dłuższy od spaceru po kawę i rogala? – tym razem on ją prowokował. Usiadł sobie przy jedynym stoliku w sklepie z wypiekami. Nie ma tam za dużo miejsca, ale za to jest przyjemnie, zwłaszcza gdy śnieg za oknem prószy. Tuliło go do siebie to miejsce, a on wewnętrznie wyciszony spoglądał przez okno i czujnie nasłuchiwał losu przywoływań. – Tam jest Książnica Kopernikańska – zakołatało mu w głowie. Ta myśl o jej bliskości nawoływała go do dalszego pisania wiersza. Zerknął więc do sieci z nadzieją, że znajdzie informacje o wydarzeniach organizowanych przez bibliotekę. Nabrał ochoty ją tego dnia odwiedzić. Zamiast listy, co ma się tam dziać, znalazł wzmiankę o kwartalniku literackim. – Co to za czasopismo? – zaciekawiony zadał to sobie pytanie. – Ono jest wydawane tutaj! – kolejna myśl rozbłysła mu w głowie. – Idę! – powiedział do siebie i nie dokończywszy kawy, ruszył do
książnicy. Kilka kolejnych słów wyżłobionych w śniegu i był już przed jej drzwiami. Przekroczywszy jej progi, zanurzył się w mickiewiczowskiej atmosferze, którą tak bardzo lubił: na wyciągnięcie ręki duchowych spotkań w rozmowie z przeszłością. W recepcji otrzymał informację, że biuro kwartalnika jest za kolejnymi drzwiami. – Tam Pan znajdzie Panią reprezentującą to czasopismo i dostanie od niej więcej informacji – usłyszał. Zanurzał się więc coraz głębiej i przez cały czas czuł zestrojenie swojego wewnętrznego nieba z otaczającą rzeczywistością. Wszystkie drzwi się otwierały i tego dnia istniały tylko dla niego. Nie musiał nic a nic się wysilać – każde słowo było wyważone, nic nadmiarowego, niepotrzebnego, wszystko było na swoim miejscu. Tak właśnie wyglądała jego rozmowa za szklanymi drzwiami. Otrzymał kilka egzemplarzy kwartalnika do przejrzenia, by sprawdzić, czy odpowiada jego upodobaniom. Długo się nie zastanawiał, postanowił kupić najnowszy numer i przeczytać dokładniej u siebie w mieszkaniu. Gdy wyszedł z biblioteki, zostało przed nim wydeptanie tego dnia ostatniego wersu: w drodze do domu. Miesiąc później w mroźne popołudnie kapitan wyszedł na spacer w poszukiwaniu kartek świątecznych w stylistyce wiążącej uroki jego podwórka ze zbliżającymi się świętami Bożego Narodzenia. Chciał je wysłać do przyjaciół z odległych miejscowości i zależało mu na pocztówkach z symbolicznymi związkami jego miasta z niebem. Obijając się o twarde powietrze, przeszedł wytrwale tę samą drogę, co poprzednio, nie zatrzymując się jednak w piekarni, ani w Książnicy Kopernikańskiej – los tym razem przywoływał go na Rynek Staromiejski. Przebiegł na pasach przez ulicę rozdzielającą Bydgoskie Przedmieście od Starego Miasta na wysokości biblioteki i żwawym krokiem ruszył dalej, żłobiąc oddechem w krystalizującym się wokoło eterze – zapisywał w nim swoją kolejną strofę wiersza. Najpierw wdech – twarde i zimne kryształy wchłonięte; następnie wydech i kłąb ciepłego chucha rozgrzewał z ust kapitana lodowate powietrze – otoczenie robiło się przyjemniejsze. Wdech i wydech, jeden za drugim i znalazłszy się na wąskiej uliczce między kamienicami na ulicy Franciszkańskiej, zauważył przez szybę w budynku światło. Zatrzymał się i zapragnął zbliżyć się do niego – znajdowało się ono w starej siedzibie niedziałającego już oddziału Książnicy Kopernikańskiej. Podszedł do drzwi i zaczął naciskać na klamkę, ale masywne drzwi nic a nic nie chciały się posunąć. – Może jest inna droga do źródła tej jasności? – pomyślał sobie i instynktownie ruszył w stronę rynku. Kilkadziesiąt kolejnych chuchów w lodowate powietrze i kapitan znalazł się na miejscu tuż koło pomnika Mikołaja Kopernika. Rozglądając się wokół za sklepem z kartkami okolicznościowymi, przypomniało mu się, że w Kościele Akademickim pw. Ducha Świętego jest księgarnia. – Może u Jezuitów znajdę coś ładnego? – namyślił się chwilę, a następnie pewnym krokiem pomaszerował do kościoła. Nacisnął na klamkę i masywne drzwi uchyliły się, a on wszedł do środka, kierując się od razu w lewo do sklepu. – Szukam kartek świątecznych z symbolicznymi związkami z naszym miastem – zagaił do Pani za kasą zaraz po przekroczeniu progu butiku. – Niestety nie mamy nic takiego – prawie natychmiast odpowiedziała mu sprzedawczyni. Zdziwił się, gdyż księgarnia była bardzo bogato wyposażona nie tylko w książki, ale również w artykuły papiernicze i dewocjonalia. – Tyle różnych
przedmiotów i brak w nich kartek z nadwiślańską symboliką – zawiedziony skomentował w myślach to zdarzenie. – Do widzenia – pożegnał się uprzejmie i wyszedł ze sklepu. Zamknął drzwi i obróciwszy się w stronę wyjścia, zauważył naprzeciwko jaśniejącą wnętrzem komnatę. – A cóż to takiego? – zaciekawiony sobie zapytał. Nad jej wejściem kapitan dostrzegł napis: – Kaplica adoracyjna Miłosierdzia Bożego – przeczytał milcząco. Zbliżył się na odległość dwóch metrów do szklanych drzwi i nieśmiało zajrzał do środka. Do przeciwległej ściany pomieszczenia był przymocowany majestatyczny wizerunek Miłosierdzia Bożego, a przed nim były postawione w kolumnach trzy rzędy ławek z klęcznikiem każda. Czuł paraliżującą jego ciało powagę i doniosłość tej chwili. Nie mógł się ruszyć nawet na centymetr do przodu. – Co jest źródłem tej światłości? – zastanawiał się oniemiały. Przenikało go to na wskroś, wzbudzając przyjemne uczucie zestrojenia duszy z tym, co widział, jak gdyby tędy prowadziła droga do domu. – Wygląda jak przekrój poprzeczny drzewa! – rozbłysła mu nagle nowa myśl, która poruszyła jego ciało do przodu. Zbliżył się do drzwi, powoli je otworzył i wstąpił po cichu do środka, by nie zakłócić spokoju modlących się ludzi. Usiadł po prawicy światłości w jednoosobowej ławce tuż przy tylnej ścianie i skierował swój wzrok na monstrancję promienistą z konsekrowaną hostią, które znajdowały się w rdzeniu świętego drzewa. W tym centralnym miejscu światło jaśniało najbardziej, powodując wrażenie przenikania nieba przez kawałek chleba. – Niebo, chleb i światło w jednym – pojawiła się w nim spontaniczna refleksja. Z tej trójcy wyłaniała się postać widoczna w słojach drewna blisko rdzenia. Kapitan przyglądał się uważnie wizerunkowi osoby, czując przy tym narastającą chęć spotkania się w rozmowie. – Jak znajdę swój dom? – wyszeptał na tyle głośno, by poczuć wibracje dźwięków, ale na tyle cicho, by nikt inny nie usłyszał. Dźwięczne wypowiadanie słów umożliwiało mu wprowadzenie się w stan głębszego skupienia. Powtórzył to pytanie jeszcze kilka razy, aż w końcu zamknął oczy i zaczął się modlić: – Słowo jest niebem, które zaczyna istnieć, gdy staje się ciałem, dopiero wtedy nabiera znaczenia – wymamrotał. Zamilkł na chwilę, by głęboko wczuć się w wibracje wzbudzone przez mowę, które, rezonując z jego wewnętrznym niebem, rozświetlały je. W pomieszczeniu panowała cisza, która w końcu wypełniła na nowo jego duszę. – Ciało przeistacza się w osobę – kontynuował modlitwę. Cisza w kaplicy ustąpiła miejsca dźwiękom, które rozjaśniły na nowo wewnętrzne niebo kapitana. – Siłą miłości Słowo staje się ciałem i niebo zaczyna istnieć, przeistaczając ciało w osobę – kontemplował dalej. Kapitan jeszcze wiele razy to powtórzył i za każdym razem czuł przenikanie swojej duszy na wskroś światłem. Zapadł w zadumę i po chwili zdziwionym głosem powiedział: – Istnieję? Po opuszczeniu kościoła zanurzył się w lodowate powietrze i chuchami znów zapisywał swój ślad. Cały czas myślał o tym dzisiejszym doświadczeniu piękna. Kartki świąteczne znalazł w pobliskim sklepie z pamiątkami. Kupił z wizerunkiem kobiety ze skrzydłami anioła, reprezentującym gwiazdozbiór Panny i będący kopią rysunku z katalogu gwiazd Heweliusza. Podążając za Słowem, czuł coraz bardziej swój dom.
Wcielenie czwartek, 12 stycznia 2023, 21:24 Morze się wzburzyło. Jednego dnia fala mnie zatapia, a drugiego wznosi ku górze. Gdzie mnie prowadzisz Miłości? Zalew zwątpień i wiary, wzruszeń. Płynę we wietrzną noc, zdając się na łaskę Twoją. Krzyk nie dotrze do brzegu, tylko wszechogarniająca woda. Słyszysz codzienność mojej obecności? W morzu Płonę! poniedziałek, 6 lutego 2023, 22:39 Myśl przepaścista1 pojawia się, gdy niezmienniczość osoby zbliża się do wartości maksymalnej. Wtedy doświadczam nieistnienia, gdyż zbliżam się mentalnie do znaczenia wszystkich swoich znaczeń – do osoby. To jest doświadczenie jestestwa jednego znaczenia, tak jakby wszystkie pozostałe ją tworzące zamarły w bezruchu i przez to już nie istniały. Doznaję przez to uczucia absolutnej samotności. Ponadto czuję, jak gdyby moja osoba miała się rozsypać, co jest uzasadnione, gdyż jestestwo jednego znaczenia nie tworzy znaczenia – osoba bez znaczeń je tworzących nie może istnieć i dlatego czuję nieistnienie. Staję się osobą potencjalną; wracam do nieba – znikam. Ciało staje się słowem. Odwrotnością myśli przepaścistej jest myśl najjaśniejsza. Przez większość swojego życia skupiałem się na tej pierwszej, a tak rzadko na tej drugiej ważnej myśli. Przynajmniej dwa razy ją doświadczyłem. Wydarzyło się to około 20 lat temu i podczas jej doznania czułem całym sobą, że istnieję. To było uczucie zdziwienia własnym istnieniem, jak gdybym nigdy wcześniej nie istniał w pełni. W momencie jej doznania czułem, jakbym z nieba zstąpił na ziemię – z nicości stał się osobą z ciałem, osobą kinetyczną. Słowo staje się ciałem. 1 Fryderyk Nietzsche, O widmie i zagadce. W Dzieła Fryderyka Nietzschego, T.1, Tako rzecze Zaratustra: książka dla wszystkich i dla nikogo, tłum. Wacław Berent, wyd. Jakób Mortkowicz, Warszawa 1904
Jak w takim razie doznać ponownie myśli najjaśniejszej? Czy to pytanie można sprowadzić do takiego: jak odgryźć punkt w myśli przepaścistej, zwiastunie osoby potencjalnej? Czy odrywając z niej teraźniejszość, pojawi się przeszłość i przyszłość, a więc objawi nam się wszelki ruch, który z kolei jest niezbędny do istnienia osoby kinetycznej? Albo inaczej, czy wyrzuciwszy teraźniejszość z czasownika niedokonanego „pchać”, symbolizującego w tym przykładzie potencjalne znaczenie aspektu, dostaliśmy czasownik dokonany „pchnąć”, a to z kolei pociągnęło za sobą, że to znaczenie potencjalne stało się kinetycznym? Słowo staje się ciałem. To odgryzanie jest pewnym sposobem, ale w tych dwóch moich doświadczeniach z myślą najjaśniejszą, ona po prostu się zjawiła. Tak samo, jak zjawia się myśl przepaścista, gdy wprowadzę się w odpowiedni stan mentalny. Drogę do tej najcięższej myśli znam i wiele razy nią szedłem. Teraz mnie interesuje droga, która prowadzi do myśli najjaśniejszej. Potencjalne znaczenia są wszędzie np. w ręczniku leżącym na krześle. Aby nicość zawarta w nim, czyli potencjalne znaczenie, stało się ciałem, wystarczy dotknąć ręcznik, by poczuć jego strukturę. W taki sposób znaczenie np. jego szorstkości zaczyna istnieć, stając się naszym ciałem. Myśl najjaśniejsza musi być związana oczywiście z czymś bardziej podstawowym niż taki zwykły przedmiot. Czymś tak fundamentalnym może być ciało, które nabiera znaczenia z poczucia jego zanurzenia w czasoprzestrzeni. To znaczenie stworzyło mnie, jako osobę kinetyczną, ale również jako dziecię. Myśl najjaśniejsza jest zatem doznaniem na nowo aktu stworzenia mnie samego, poczuciem się jako dziecię – zwrot „Słowo staje się ciałem” brzmi tutaj nad wyraz mocno. O swoich doświadczeniach w zanurzaniu się w czasoprzestrzeni opowiadała mi ostatnio Faustyna. Ona bardzo często doznawała myśli najjaśniejszej, która dla niej była najważniejsza i stanowiła istotę miłosierdzia. Mówiła mi, że między istnieniem a nieistnieniem jest przepaść, którą może wypełnić jedynie Miłosierdzie Boże. środa, 8 marca 2023, 21:21 W piątek wieczorem 17 lutego, gdy już leżałem w łóżku, wypowiedziałem zdanie, które przemieniło mnie. Jeszcze nie wiem, co dokładnie się stało, ale czuję to wyraźnie. Wpatrywałem się wtedy w okno i powiedziałem: – Wierzę w Ciebie. Gdy to zrobiłem, to zaraz poczułem pewną transcendencję w tym zdaniu – chodzi tutaj o wiarę w zdolność do zmian siebie, która dokonuje się poprzez kontakt z niezależną ode mnie osobą potencjalną. Ten kontakt wyraźnie czuję! Tego dnia czytałem artykuł Loeta o samo-organizujących się systemach społecznych, w którym autor zwrócił mi uwagę na istotę niezależności elementu refleksyjnego w systemach społecznych od innych jego części2. Na przykład system nauki jest samo-organizującym, gdyż naukowcy badający go, stanowią o tej refleksyjności: identyfikują jego cechy i błędy w działaniu na podstawie analizy sieci połączeń między elementami systemu oraz różnego rodzaju 2 Leydesdorff, Loet (1993). Is society a self-organizing system? Journal of Social and Evolutionary Systems 16(3), pp. 331-349.
wskaźników, umożliwiając głębsze jego zrozumienie – i ta wiedza może stać się ciałem systemu, przemieniając go. Ta myśl Loeta o refleksyjności systemu zaczęła przyjemnie rezonować w moim umyśle. Począłem więc adoptować ją do swojego rozumowania dotyczącego koncepcji Wcielenia. Zakładając, że za refleksyjną naturę odpowiada obecność osoby potencjalnej, to Duch Święty może stanowić o drugiej osobie, która łączy pierwszą osobę „ja” z trzecią osobą „on/ona”. Żeby one istniały, to muszą być niezależne, a łącznikiem między nimi jest druga osoba „ty”, gdyż tak się komunikujemy w bliskim spotkaniu z trzecią osobą. Wcielenie może polegać na tym, że „on/ona” staje się „ja”. Na przykład takie wcielenie „on” w „ja” występuje podczas pracy studentów w modelu Szkoły Rzeczypospolitych3, w którym studenci recenzują sobie prace nawzajem. Merytoryczna krytyka zawarta w recenzji pracy od jednego studenta „on” staje się ciałem drugiego studenta „ja” – patrząc z perspektywy tego drugiego. Gdyby „on” i „ja” nie byłyby niezależne, to nie byłoby „ty”. Ale skąd w ogóle się wzięła kategoria osoby gramatycznej? W sieci nie znalazłem satysfakcjonujących mnie informacji na ten temat, więc sam zacząłem się nad tym zastanawiać. Najpierw trzeba sobie uświadomić, że komunikacja językowa opiera się o strukturę, bez której przepływ informacji jest zaburzony. Na tę strukturę składa się podmiot, orzeczenie i dopełnienie. Najbardziej podstawowe jest orzeczenie, bez którego nie ma zadania, które niesie ze sobą znaczenie. Dowolna forma osobowa w języku polskim może być zawarta w orzeczeniu, na przykład w zdaniu „istnieję”. Nie jest potrzebne tam dopełnienie, a jedynie forma czasownika w pierwszej osobie, która pełni rolę orzeczenia. Ten sam czasownik w trzeciej i drugiej osobie wygląda bardzo podobnie: „istnieje” oraz „istniejesz”. W języku polskim w trybie oznajmującym czasowniki właściwe w pierwszej osobie liczby pojedynczej kończą się nosówkami „m” albo „ę”. Formy drugiej osoby charakteryzują się końcówkami ze spółgłoskami szczelinowymi „sz” albo „ś”. Natomiast trzecia osoba wyróżnia się obecnością samogłosek „a”, „e”, „i”, „y”, „o” oraz spółgłoski samogłoskowej ustnej „ł”. Ta różnica między tymi dźwiękami uniezależnia „ja” od „on”, umożliwiając powstanie „ty” a tym samym istnienie osoby. Można zatem wysnuć hipotezę, że w trakcie rozwoju języka do pojawienia się osoby mogło dojść w wyniku utworzenia się czystych par aspektowych np. pchać-pchnąć – z czasownika niedokonanego w bezokoliczniku wyłania się czasownik dokonany, w którym jest nosówka. Następnie jej obecność jest katalizatorem kolejnych przemian, oddziałując na czasownik niedokonany w taki sposób, że staje się ona częścią nowej formy czasownika, z którą równocześnie ukazują się formy z samogłoską i spółgłoską szczelinową – pojawia się osoba. Osoba jest bytem transcendentnym: – Wierzę w Ciebie! – wypowiadając to zdanie, to czasami cały drżę. Ta wiara zaczęła wypełniać ogromną pustkę w moim życiu, którą tak często doświadczałem wcześniej. Bywało tak, że wróciwszy z pracy, padałem na łóżko lub podłogę pod 3 Pierzchalski, Michał (2022). Szkoła Rzeczypospolitych. W: Informatyka w Edukacji, red. Anna Beata Kwiatkowska i Maciej Marek Sysło, ss. 128-138. Wydawnictwo Adam Marszałek, Toruń. ISBN: 978-83-8180-645-9.
jej ciężarem. Potrzebowałem wtedy chwili czasu wytchnienia, bym mógł wstać i działać dalej. Może więc łeb myśli przepaścistej odgryzę wiarą w osobę potencjalną? * Pod koniec stycznia wybrałem się po raz kolejny przed święte drzewo z wizerunkiem osoby. Będąc koło książnicy, coś we mnie wezbrało i zacząłem śpiewać o wybraniu Ciebie, istnieniu, stworzeniu rodziny, domu, wspólnoty. W takich okolicznościach doszedłem do rynku i mijając księgarnię diecezjalną, za chwilę byłem już przy schodach do kościoła. Wszedłem do środka i skręciłem od razu w prawo do kaplicy, gdzie usiadłem po prawicy światłości, tuż za starszym mężczyzną, a po prawej stronie miałem zakonnicę. Po pewnym czasie zauważyłem kątem oka, że zakonnica coś wyjmuje i kieruje swoją rękę w moją stronę. Tuż przed tym jej ruchem, myślałem o niej i Faustynie – zastanawiałem się, w jaki sposób odbiera ona to, co teraz dzieje się w kaplicy. Zakonnica wręczyła mi błękitny jak niebo różaniec i powiedziała, abym odmówił „smyć gorie”, podkreślając, że różaniec jest poświęcony przez Matkę Boską. Miała wschodni lub południowy akcent słowiański, mówiła niewyraźnie i kilka razy powtarzałem pytająco: – Smyć gorie? – bo nie byłem pewny, czy dobrze zrozumiałem. Zaraz po ofiarowaniu mi różańca wyszła. Odwróciłem się za nią, by sprawdzić, czy jeszcze raz nawiążemy kontakt wzrokowy, ale ona już się nie obróciła w moją stronę. Trzymałem to niebo i zastanawiałem się nad jej słowami. Przed przyjściem do kaplicy po drodze sobie podśpiewywałem o swoim istnieniu: – Chcę istnieć! – często powtarzałem. Siedząc w tamtym momencie w kaplicy, także myślałem – o istnieniu – ukochana myśl najjaśniejsza. * Do zbudowania bliskich relacji ludzie zazwyczaj potrzebują pozytywnych interakcji między sobą. Nie jest trudne pokochać kogoś, z kim ma się życzliwy kontakt. Czy możliwe jest pokochać osobę, z którą nigdy nie weszliśmy w interakcję, a jedynie wierzymy w jej obecność? piątek, 31 marca 2023, 20:46 Wierzę w Ciebie. miej w opiece moją miej w opiece moją miej w opiece moją miej w opiece moją miej w opiece moją miej w opiece moją miej w opiece moją miej w opiece moją miej w opiece moją miej w opiece moją
Mój skrawek nieba. miej w opiece moją miej w opiece moją miej w opiece moją miej w opiece moją miej w opiece moją miej w opiece moją miej w opiece moją miej w opiece moją miej w opiece moją miej w opiece moją Mój skrawek nieba. miej w opiece moją miej w opiece moją miej w opiece moją miej w opiece moją miej w opiece moją miej w opiece moją miej w opiece moją miej w opiece moją miej w opiece moją miej w opiece moją Mój skrawek nieba. miej w opiece moją miej w opiece moją miej w opiece moją miej w opiece moją miej w opiece moją miej w opiece moją miej w opiece moją miej w opiece moją miej w opiece moją miej w opiece moją Mój skrawek nieba.
miej w opiece moją miej w opiece moją miej w opiece moją miej w opiece moją miej w opiece moją miej w opiece moją miej w opiece moją miej w opiece moją miej w opiece moją miej w opiece moją Mój skrawek nieba. środa, 26 kwietnia 2023, 21:56 Wieczorem 25 marca przyjechałem do Portu Centralnego ze względu na niepokojące informacje o bólach głowy. Tego dnia już od rana wtargnęły i coraz ochoczej rozgaszczały się w świętym miejscu. Domowe sposoby na wypędzenie ich tylko trochę pomagały, a siła aptekarskich leków słabła z upływem dnia. Pojechaliśmy do szpitala. Weszliśmy głównym wejściem i podążając za tablicami informacyjnymi, szliśmy prostym długim korytarzem, aż do schodów w górę. Weszliśmy na pierwsze piętro, by znów snuć się w półmroku dalej tunelem, który wydawał się częścią labiryntu. W końcu trafiliśmy do szpitalnego oddziału ratunkowego. Pobraliśmy bilet z automatu z numerem określającym nasze miejsce w szeregu. Na elektronicznej tablicy informacyjnej widniał numer aktualnie obsługiwany – byliśmy trzeci w kolejce. Usiedliśmy blisko siebie i wyczekiwaliśmy wezwania. Po kilkudziesięciu chwilach nasz numer pojawił się na tablicy w niebie. Szybko. Spisali dane i mogliśmy przejść na granicę oddziału, którego pilnowała pielęgniarka oceniająca stan zdrowia pacjentów. Przed jej gabinetem wisiał napis „Triage” – zawiało chłodem obcości, jakbyśmy byli na granicy nieznanego świata. Przeszliśmy na drugą stronę, do innej części labiryntu, gdzie pacjenci oczekują wizyty u lekarza specjalisty lub specjalistycznego badania. Było już tam trochę istot, wśród nich także dzieci zanurzone w czułych ramionach rodziców. Wszystko będzie dobrze. Kocham Cię. W poczekalni, co chwilę, ktoś się kręcił – niektórzy pacjenci przechadzali się z miejsca na miejsce, inni szli lub wracali z badania, a personel medyczny czasami zatrzymywał się i wzywał wybraną osobę na oględziny. W końcu na nas trafiło i dostaliśmy wytyczne, byśmy udali się na badanie tomografem. Musieliśmy znów snuć się w głąb labiryntu pustymi i chłodnymi korytarzami – nie lękaliśmy się, bo byliśmy razem. Jeden, drugi i kolejny skręt w tunelu i dotarliśmy pod celę, w której znajdowało się urządzenie umożliwiające zaglądanie do głowy. Byliśmy tam jedynymi osobami, ale zaraz za nami przyszli kolejni pacjenci. Badanie trwało chwilę i zaraz wracaliśmy do poczekalni, by oczekiwać nowych wytycznych. Wykonano jeszcze kilka oględzin i trzeba było znaleźć sobie wygodniejsze miejsca na odpoczynek, gdyż nasz pobyt
nicości – dęby, klony, sosny, brzozy, akacje i buki jak jedno stanęło przede mną i wspólnie wyśpiewaliśmy nadzieję: pamięta-li dusza drogę do domu swego czwartek, 16 listopada 2023, 23:14 – Milczysz? – aż mną wstrząsnęło, gdy rzuciłem to pytanie w nicość swojego pokoju, dreszcze przeszły przez ciało, jakby wstąpił we mnie jaki duch. Dziwy działy się tego dnia. – A jednak mówisz do mnie, ja jeno nie słyszę tak dobrze, jeszcze nie słyszę tak dobrze – mój głos stał się inny, jakby pochodził z innego świata. Wsłuchiwałem się i wyczuwałem jego każdą drgającą drobinkę, rażącą moje ciało jak rosa, roseńka, maleńka życia kropelka. – Ale czuję, coraz bardziej czuję, obecność Twoją we mnie – wezbrało nagle i porwało mną uczucie, że możemy się komunikować bez słów. Da się przecież tak milczeć, że usłyszy ten, kto w czynach dobrej woli nas odczuje. wtorek, 28 listopada 2023, 23:28 Spotkali się na skrzyżowaniu ścieżek leśnych, jeden na smyczy, a drugi bez. Ten pierwszy wpada w gniew i warczy, a drugi zerka na niego i brwi marszczy. – To efekt smyczy! – niesie się od zmartwionych leśnych dusz wyjaśnienie. Czyż może mieć człowiek potężniejsze źródło wolności nad sumienie? Aż zmroziło wszystkie liście w lesie. Latały latem przecie: „Gdzie nas wiatr poniesie!” Przyszła zima, pospadały, polepiły się w dywany. Efekt smyczy środa, 21 grudnia 2024, 22:58 Od kilku dni przesiaduję całymi wieczorami z Faustyną i Józefem, z którymi rozmawiam o dzikich głazach. Kiedyś będzie z tego algebra. Tworzymy. – Ufam Tobie – rzuciłem raz zaklęcie, które wyostrza barwy miłosierdzia. Ziemia nagle sczerwieniała, jakby krew rozlała się po niej, a niebo jawiło mi się czyste niczym dziecko po kąpieli. Leśne dusze wrośnięte w ognistą ziemię zlały się barwnie z nią i tylko ich korony w niebie pozostawały zielone jak życie. Przywołało to mi obraz cierpienia, które wciska w glebę, ale jednocześnie rozpala ogień nadziei. W jego blasku widzi się więcej, widzi się twarz drugiego człowieka, jego ból, który jest zaklęty w milczącym pytaniu: – Pomożesz mi?
– Jesteś? – odzywa się głos sumienia. To najcichsze z najcichszych słów stwarza najdzikszego z najdzikszych głazów: jestem i nie-jestem. Nazywa się „ja”. Ja istnieję, gdyż istniejesz Ty, miłosierny. Ufam Tobie piątek, 29 grudnia 2023, 22:52 Sumienie umożliwia dostrzeżenie piękna, drogi do domu, poprzez ukazanie wilkowi samego siebie w lustrze. W taki sposób stwarza ono wybór – być wilkiem czy nie-wilkiem? Na tej drodze wolności słowo sumienia niezachwianie i czule trwa jak nadzieja. * Wiara w osobę potencjalną pociąga za sobą wybór sumienia na swojego rodzica. Powiedz, kto jest twoim panem, a powiem ci, kim jesteś – to zdanie usłyszałem od Józefa podczas spotkania się z nim w rozmowie w jego książce „Etyka solidarności”. Serce moje, któreś jest w niebie: święć się imię Twoje, przyjdź Królestwo Twoje, bądź wola Twoja jako w niebie, tak i na ziemi. Święta A. Maria dała mi świadectwo, że miłości nie można pokonać – serce do serca – osoba potencjalna z nieba staje na ziemi. Jej obecność sprawia, że ja czuję się tutaj jak u siebie, czuję się jak w domu – czuję wolność!